|
WIELKI WYBUCH |
|
Wszystko co
istnieje we wszechświecie - mnóstwo galaktyk i miliardy gwiazd w
każdej z nich, niemożliwa do oszacowania liczba planet, w tym Ziemia
i każdy najmniejszy kwant, było kiedyś skupione w obiekcie o
wymiarach znacznie mniejszych od ziarenka piasku. To tylko obrazowe
porównanie. Trudno sobie wyobrazić ten obiekt o nieskończenie małych
rozmiarach, jednak bardzo poważni naukowcy stworzyli taką właśnie
teorię powstania wszechświata, która została nazwana teorią
Wielkiego Wybuchu.
Już Isaac Newton
(1642-1727), autor prawa powszechnej grawitacji, miał wątpliwości.
Zgodnie z jego odkryciem dwa dowolne ciała we wszechświecie
przyciągają się z siłą, która jest tym większa, im większe są masy
tych ciał i im mniejsza jest odległość między nimi. A zatem gwiazdy
powinny przyciągać się wzajemnie - nie mogłyby więc pozostawać w
spoczynku. Idea jednak tak bardzo kłóciła się z ogólnie przyjętymi
poglądami, że Newton i jego następcy woleli tworzyć wymyślne
koncepcje (np. o równoważących się siłach przyciągania przez bliskie
gwiazdy i odpychania przez dalekie, by potwierdzić wygodną teorię,
że wszechświat jest statyczny), niż szukać racjonalnego
wytłumaczenia tej zagadki. Wątpliwości dotyczące niezmienności
wszechświata miał również niemiecki astronom Heinrich Wilhelm Olbers
(1758-1840). Postawił pytanie: skoro wszechświat rozciąga się w
nieskończoność w przestrzeni, a gwiazdy są równomiernie rozłożone,
to dlaczego niebo jest ciemne? Patrząc niemal w każdym kierunku,
obserwator powinien dostrzec światło gwiazd. Zagadkę, którą zadał
Niemiec, nazwano paradoksem Olbersa. Sam twórca starał się
wytłumaczyć ją w sposób typowy dla zwolenników statyczności
wszechświata, że w kosmosie znajduje się materia, która pochłania
część światła. Nawet Albert Einstein (1879-1955), twórca szczególnej
i ogólnej teorii względności, obawiał się ośmieszenia i mimo że jego
matematyczny model uzasadniał przekonanie, iż wszechświat kurczy się
lub rozszerza, wolał go zmodyfikować. Wymyślił więc tak zwaną stałą
kosmologiczną - siłę nie związaną z żadnym konkretnym źródłem,
równoważącą przyciąganie materii znajdującej się we wszechświecie.
Dzięki niej udało mu się dopasować wzory do idei wiecznego i
nieskończonego wszechświata. Później, kiedy uzyskano materialne
dowody na nieprawdziwość wielowiekowej koncepcji, Einstein przyznał,
że włączenie stałej kosmologicznej do równań było największym błędem
jego życia. Dowody podważające założenia o statycznym wszechświecie
i potwierdzające prawdziwość teorii o jego rozszerzaniu się
dostarczył w latach dwudziestych XX wieku amerykański astronom Edwin
Powell Hubble (1889-1953). Widma Hubble'a W 1924 roku Hubble
przeprowadził obserwacje astronomiczne, które wykazały, że nasza
Galaktyka nie jest jedyna we wszechświecie. Dowiódł on, że w
rzeczywistości istnieje wiele innych, oddzielonych od siebie pustymi
obszarami pustej przestrzeni. Przy okazji badania widma gwiazd w
odległych galaktykach (dzięki czemu można wyznaczyć temperaturę
gwiazdy oraz jej skład chemiczny) zauważył, że widać w nim dokładnie
te same układy kolorów co w widmach gwiazd naszej Galaktyki. Z pewną
różnicą: kolory te były przesunięte w kierunku czerwonego krańca
widma o taką samą względną wartość długości fali. Hubble doszedł do
wniosku, że docierające na Ziemię światło z ciał kosmicznych zawiera
fale elektromagnetyczne o mniejszych częstotliwościach (czyli
przesunięte w kierunku czerwonego krańca widma), niż należałoby tego
oczekiwać, gdyby źródło światła było nieruchome. A zatem
przesunięcie ku czerwieni świadczyło, że galaktyki oddalają się od
Ziemi. Udowodnienie ruchu galaktyk względem siebie nie zakończyło
badań ani nie rozwiało wątpliwości. Większość astronomów była
przekonana, że poruszają się one zupełnie przypadkowo, w takim
wypadku część widm powinna być przesunięta ku czerwieni (gdy obiekty
oddalały się Ziemi), a część w stronę niebieskiego krańca (gdy się
do niej przybliżały). Ku powszechnemu zdumieniu okazało się, że
prawie wszystkie widma są przesunięte ku czerwieni, a zatem
przeważająca część galaktyk oddala się od Ziemi. Jeszcze bardziej
zaskoczyło naukowców następne odkrycie Hubble'a, zgodnie z którym
wielkość przesunięcia widma ku czerwieni jest wprost proporcjonalna
do odległości galaktyki. Im dalej znajduje się ona od Ziemi, tym
większą ma prędkość i tym szybciej oddala się od obserwatora. A to
już z całą pewnością oznaczało, że wszechświat nie pozostaje
statyczny, lecz się rozszerza. Pojawiło się jednak kolejne pytanie:
skoro wszystkie galaktyki oddalają się od Ziemi, to może nasza
planeta zajmuje szczególne miejsce we wszechświecie? Myśl ta była
przyjemna dla ludzkości, która przez wieki wierzyła w geocentryzm,
jednak naukowcy wybrali postawę sceptyczną. Rosyjski fizyk
Aleksander Friedmann stwierdził, że rozszerzanie się wszechświata
przypomina nadmuchiwanie cętkowanego balonu: w miarę jego
powiększania się odległość między dwiema dowolnymi cętkami wzrasta
niezależnie od tego, w którym miejscu balonu się one znajdują; a
zatem żadna z nich nie może być uznana za centrum. W dodatku im
większa odległość między nimi, tym szybciej się od siebie oddalają.
Było to obrazowe potwierdzenie przypuszczeń Hubble'a, jednocześnie
wykluczające centralne miejsce Ziemi we wszechświecie. Belgijski
uczony Georges Edouard Lemaître (1894-1966), który prowadził badania
dotyczące rozszerzania się wszechświata równolegle (choć
niezależnie) z Friedmannem, twierdził, że skoro galaktyki się
oddalają, to w przeszłości musiał istnieć stan, gdy znajdowały się
blisko siebie. Było to bardzo dawno temu (zdaniem Friedmanna od ok.
10 do 20 mld lat temu); wtedy cała materia wszechświata
koncentrowała się w jednym punkcie o ogromnej gęstości. Teorię tę
nazwano Wielkim Wybuchem (ang. Big Bang - "Wielkie Bum"). Powstały
dwa różniące się modele oparte na koncepcji rozszerzającego się
wszechświata. Pierwszy z nich przewiduje, że wszechświat będzie
rozszerzał się w nieskończoność. Zgodnie z drugim "ucieczka"
galaktyk jest na tyle wolna, że grawitacja może zwolnić, a następnie
zatrzymać ekspansję. W takim wypadku galaktyki zaczęłyby się zbliżać
do siebie, a wszechświat zacząłby się kurczyć. Kiedy materia
zostałaby ściśnięta w bardzo mały punkt o ogromnej gęstości,
nastąpiłaby Wielka Zapaść. Wszechświat mógłby cyklicznie kurczyć się
i rozszerzać. Wybuch, którego nie było Kiedy uznano teorię Wielkiego Wybuchu za prawdopodobną (w nauce żadne prawo nie jest uznawane za niezmienne, istnieje więc możliwość, że pojawią się nowe dowody, które obalą tę koncepcję), zaczęto badać teoretycznie jego strukturę w przeszłości, cofając się aż do chwili tuż przed początkiem ekspansji. George Anthony Gamow (1904-1968), amerykański fizyk pochodzenia rosyjskiego, uważał na przykład, że wczesny wszechświat był bardzo gorący, gęsty i wypełniony promieniowaniem o bardzo wysokiej temperaturze. Według niego sekundę po Wielkim Wybuchu wszechświat miał 10 miliardów kelwinów, a trzy minuty później jego temperatura spadła do 1 miliarda. Koledzy Gamowa, Ralph Alpher i Robert Herman, obliczyli, że promieniowanie wczesnego wszechświata powinno przenikać cały kosmos i temperatura tego promieniowania powinna wynosić obecnie 5 kelwinów. Wysunęli przypuszczenie, iż takie szczątkowe promieniowanie nadal istnieje i jest możliwe do wykrycia. Mieli rację. W 1965 roku dwaj amerykańscy fizycy: Arno Allan Penzias i Robert Woodrow Wilson, wypróbowywali bardzo czuły detektor mikrofalowy. Mieli z nim kłopot, ponieważ rejestrował on dziwny szum, który nie pochodził z żadnego konkretnego kierunku. Nie wykryli źródła zakłóceń - ani w małej odległości (szukali odchodów gołębi na antenie), ani w dużej (w obszarze gwiazd naszej Galaktyki) nie było nic, co można by obarczyć odpowiedzialnością za szum. Szczątkowego promieniowania poszukiwali również dwaj inni fizycy z USA: Robert Dicke i James Peebles, ale dopiero budowali własny detektor, gdy dowiedzieli się odkryciu Penziasa i Wilsona. To oni domyślili się, że szum był reliktowym promieniowaniem kosmicznym, udowadniającym prawdziwość teorii Friedmanna. Dalsze badania przeprowadzone przez innych uczonych potwierdziły, że promieniowanie to jest pozostałością po kosmicznym wydarzeniu, które dało początek wszechświatowi, a fotony składające się na nie są najstarsze w kosmosie i istnieją od ponad 10 miliardów lat. Wszystkie obserwacje pozwoliły określić wiek wszechświata na 15-20 miliardów lat. Ten skończony czas tłumaczy wątpliwość Olbersa dotyczącą światła gwiazd: niebo nie jest rozjarzone, gdyż do Ziemi dociera światło z ograniczonej wiekiem wszechświata liczby tych ciał niebieskich. Wczesny wszechświat był wypełniony promieniowaniem i materią, którą początkowo stanowiły wodór i hel utworzone z cząsteczek elementarnych w gęstej pierwotnej kuli ognistej. Potem zaczęły narastać niejednorodności, czyli niewielkie zagęszczenia gazu, i to one przyczyniły się do pojawienia się galaktyk. Wielkiego Wybuchu nie należy wyobrażać sobie jako eksplozji z błyskiem światła i hukiem pędzącego powietrza. Nie istniały bowiem fale akustyczne ani świetlne, nie było również czasu ani przestrzeni (powstały właśnie w momencie Wielkiego Wybuchu), a zatem wraz z rozszerzaniem się wszechświata rozszerzała się czasoprzestrzeń. Teorie o wyglądzie wszechświataPierwotne koncepcje
dotyczące budowy wszechświata czyniły z Ziemi jego środek.
Zwolennicy teorii geocentrycznej uważali bowiem, że wszechświat jest
homocentryczny, czyli że ludzkość zajmuje w nim centralne miejsce. W
starożytności ludzie wierzyli, że Ziemia i jej mieszkańcy zostali
wyróżnieni (przez naturę lub siłę wyższą) i otrzymali przywilej
bycia centrum statycznego i skończonego wszechświata. Przypisując
sobie miejsce nadrzędne, uznali, że wszystkie pozostałe ciała
niebieskie: Słońce, Księżyc, planety i gwiazdy, krążą wokół Ziemi.
Dlatego przez wiele wieków głównym tematem dociekań astronomicznych
był okołoziemski, a dopiero po rewolucji kopernikańskiej -
okołosłoneczny ruch planet i gwiazd. Hipparch i Ptolemeusz Twórcą najważniejszej teorii geocentrycznej był aleksandryjczyk Klaudiusz Ptolemeusz (ok. 100-ok. 168). Jego teorię uważa się za ukoronowanie i podsumowanie dorobku astronomii antycznej. Ptolemeusz oparł się przy konstruowaniu swoich nauk na pracach Hipparcha (ok. 190-125 p.n.e.) uważanego za największego astronoma starożytności. Hipparch, choć gorący zwolennik geocentryzmu, odrzucił teorię sfer homocentrycznych (krążących wokół Ziemi), ponieważ była ona niezgodna z odkrytymi przez niego nieregularnościami ruchu ciał niebieskich. Nie chcąc zaprzeczyć centralnemu miejscu Ziemi, stworzył nową teorię budowy wszechświata, zwaną teorią epicykli i deferentów. Jej podstawę stanowiło nakładanie się dwóch i większej liczby jednostajnych ruchów kołowych tak, by środek jednego obracającego się koła poruszał się po obwodzie koła drugiego. Dobranie odpowiedniej liczby kół oraz kierunków i prędkości ich obrotu pozwalało na otrzymanie wielu złożonych ruchów. Najprostszym takim układem jest kombinacja dwóch kół obracających się w tym samym kierunku. Koło większe nazywa się deferentem, a mniejsze - epicyklem. Ziemia znajduje się w środku deferentu, a krążąca dookoła niej planeta - na obwodzie epicykla, którego środek porusza się ruchem jednostajnym po obwodzie deferentu, a ten z kolei takim samym ruchem obraca się dookoła nieruchomego globu ziemskiego. Ze względu na zbyt nieregularne ruchy Słońca i Księżyca, by można je było zinterpretować za pomocą teorii, Hipparch stwierdził, że muszą się one poruszać po ekscentryku, tj. okręgu, którego środek znajduje się poza Ziemią.
Naukę Hipparcha
rozszerzył Ptolemeusz. Wierzył on, że niebo to ogromna kula
obracająca się jednostajnie wokół osi stałej w ciągu 24 godzin.
Ziemia znajduje się w jej środku i jest kulą nieruchomą. Ptolemeusz
nie uznawał nawet ruchu obrotowego Ziemi, bo gdyby Ziemia się
obracała, "chmury ani wszystko co fruwa, ani też rzucane przedmioty
nie mogłyby poruszać się na wschód, gdyż Ziemia zawsze by
wyprzedziła ruch ich wszystkich w tym kierunku". Najbliżej Ziemi
krążył Księżyc. Dalej znajdowały się deferenty Merkurego i Wenus,
czyli tzw. Planet dolnych. Merkury poruszał się po mniejszym, a
Wenus - po większym epicyklu. Jeszcze dalej przebiegała droga
Słońca, będąca ekscentrykiem bez epicykla, a za Słońcem leżały
deferenty Marsa, Jowisza i Saturna. Za obszarem zajętym przez
planety pozostawała obracająca się sfera gwiazd stałych. Podany
tutaj opis wszechświata Ptolemeusza jest świadomie uproszczony, gdyż
w rzeczywistości zdaniem uczonego do każdej planety przynależał
jeden epicyklem ale cały system epicykli poruszających się po
przesuniętych względem Ziemi deferentach. Ponadto Ptolemeusz
wprowadził trzeci rodzaj kół, zwanych ekwantami, które miały
wyrównywać pewne odchylenia w ruchach planet. Przewrót kopernikański Na początku ery
nowożytnej astronomia nie rozwijała się tak szybko jak w
starożytności. Istotny wpływ na naukę miał Kościół, który twierdził,
że wiedza nie jest człowiekowi potrzebna, służy bowiem życiu
doczesnemu, a nie zdobyciu wiecznej szczęśliwości w niebie. Głoszono
poglądy cofające astronomię wiele stuleci wstecz: np. Lucius
Coecilius Firmianus Lactantius zwany Laktancjuszem (ok. 250-330)
wyśmiał twierdzenie o kulistości Ziemi i dowodził, że jest ona
płaska, a aleksandryjski mnich Kosmas Indikopleustes na podstawie
informacji zawartych w Biblii uznał, że wszechświat to gigantyczna
skrzynia, na której dnie leży płaska Ziemia. Sytuacja poprawiła się
w XII wieku, kiedy chrześcijaństwo zainteresowało się za
pośrednictwem arabskich uczonych dokonaniami nauki antycznej. W
następnym stuleciu dominikanin Albert Wielki (ok. 1193-1280) oraz
jego uczeń Tomasz z Akwinu (1225-1274) dostosowali filozofię
arystotelesową do wymagań nauki chrześcijańskiej. Kościół uznał
arystotelesowki podział wszechświata na dwie odmienne części
(ziemską i niebieską), odrzucił jednak teorię sfer homocentrycznych,
ponieważ teoria epicykli i deferentów Ptolemeusza lepiej tłumaczyła
ruchy planet na niebie.
Wraz z początkiem
odrodzenia, którego charakterystyczną cechą było wyzwolenie ludzkiej
myśli z religijnych okowów, pojawiły się głosy, że teoria
Ptolemeusza ma braki. Wykazali je m.in. astronom wiedeński Georg
Peurbarch i Johannes Müller zwany Regiomontanusem. Jednak rola tego,
który "wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię", przypadła polskiemu
uczonemu Mikołajowi Kopernikowi (1473-1543).
Kepler wyjaśnił,
dlaczego planety krążą tak, a nie inaczej, natomiast jakie zasady
rządzą tym ruchem, wytłumaczył dopiero Isaac Newton (1642-1727),
genialny fizyk angielski, odkrywając prawo powszechnego ciążenia.
Mówi ono, że dwa obiekty materialne przyciągają się z siłą wprost
proporcjonalną do iloczynu ich mas i odwrotnie proporcjonalną do
kwadratu ich wzajemnej odległości. A zatem ruch planet po
eliptycznych orbitach jest po prostu wynikiem działania siły
grawitacyjnej między nimi a Słońcem.
W konsekwencji
uznania ruchu Ziemi zaczęto opracowywać model wszechświata z
rozszerzonymi granicami. Skoro bowiem Ziemia krąży wokół Słońca po
bardzo dużym promieniu, a nie wpływa to w widoczny sposób na zmiany
położenia gwiazd, muszą być one bardzo oddalone od Ziemi i bardzo
jasne, jak Słońce. Przyjęto, że Słońce nie różni się od gwiazd. Za
ojca astronomii gwiezdnej uznano Herschela, którego teleskopy,
ogromne na owe czasy, pozwalały prowadzić dość dokładne badania
kosmosu. Herschel odkrył mi. in. istnienie gwiazd bliźniaczych
(czyli dwóch gwiazd krążących wokół wspólnego środka masy), a także
potwierdził doświadczalnie wcześniejsze przekonanie uczonych, że
gwiazdy poruszają się we wszechświecie.
Pierwsze trzy minutyPrzed czasem,
określanym jako "czas Plancka" (10-43 sekundy), wszystkie
cztery fundamentalne oddziaływania (jądrowe silne,
elektromagnetyczne, jądrowe słabe i grawitacyjne) były zunifikowane
w jedno - chociaż wówczas siły oddziaływania elektromagnetycznego i
słabego jądrowego występowały w postaci tzw. oddziaływania 'elektrosłabego').
Cała materia, energia, przestrzeń i czas, tworząc jedność, uległy
eksplozji z pojedynczego punktu - osobliwości. I tylko tyle wiemy na
temat tego okresu. |